Hall of Games 2014 – relacja

hall of gamesBlooG wprawdzie nie zostaje jeszcze reaktywowany na pełnych prawach, aczkolwiek lokalny event zorganizowany na Hali Stulecia jest wystarczającym powodem by choć na chwilę przerwać zmowę milczenia. I to nie tylko z tytułu lokalnego patriotyzmu. Wrocław chyba w końcu doczeka się pełnoprawnej cyklicznej imprezy okołogrowej. Jak to z pacholętami bywa, pierwsze kroczki – a bardziej raczkowanie – są dalece nieporadne. Jednak niosą ze sobą ogromną nadzieję na lepsze jutro. Hall of Games ma predyspozycje by ściągnąć do siebie nie tylko samych wrocławian. W tym roku niefrasobliwość organizatorów została zakamuflowana przez ogarniętych wystawców, którzy dostępny teren wykorzystali w 100%. Za rok ta sama sztuka może się już nie udać.

Dlaczego okołogrowej?

Hall of Games to „duchowy spadkobierca” Techland Fantasy Expo z zeszłego roku. Tak jak i tam, impreza poświęcona była nie tylko grom wideo, a nawet nie przede wszystkim. Jeżeli chodzi o wystawę pełnoprawnych nadchodzących tytułów AAA, to ograniczono się do niezbędnego minimum. Były dwie gry Techlandu, które nieustannie powracają przy okazji każdej wrocławskiej imprezy (były na Fantasy Expo i urodzinach CD Action) i… tyle. Zombiaki zdążyły się wgryźć publice na tyle mocno w czerepy, że zapewne tych grających dawno już przekonały do kupna. Przydałoby się coś więcej. Przydałby się CD Project (z tego, co gdzieś słyszałem, to nie wykazali zbytniej chęci na przyjazd do Wrocławia), fajnie byłoby zobaczyć CI Games ze standami Lord of the Fallen (na urodzinach CDA byli z prezentacją), może warto było zaprosić kogoś mniejszego zza granicy (a nawet i większego w postaci lokalnego oddziału). A tak, już zdążyłem przeczytać zgryźliwe komentarze o płatnej reklamówce Techlandu (karnet kosztował 35 zł w przypadku biletu normalnego, ulgowy o 10 zł mniej).

IMAG0677

Tylu ludzi.

DAY I / DAY II – WROCŁAWSKI ZOMBIELAND

Pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Hala świeciła pustkami, przez co na wierzch od razu wyszła powtarzalność wystawców i wszechobecne ubóstwo atrakcji. Na szczęście było to jedynie powierzchowne rozczarowanie, bo im dalej zagłębiałem się w dostępne dobrodziejstwa tym czas płynął szybciej. Targi inaugurował prezydent miasta, Rafał Dutkiewicz, w akompaniamencie premiery gry Wrocław Quest opowiadającej o… krasnalach. Jakżeby inaczej?

Na pierwszy ogień ruszyłem w kierunku standów z Dying Light i Hellraidem. O pierwszym z wymienionych pisałem przy okazji zeszłorocznego Fantasy Expo i niewiele mogę tutaj dodać. Na główną scenę do prezentacji tytułu zaproszono Steve’a, maskotkę studia vel zombie konsultanta, który pomagał przy odzwierciedleniu zachowań nieumarłych. O taki to milusiński:

Zaprezentowany fragment rozgrywki COP oraz PvP (drugi z wymienionych w postaci trybu „Be the zombie” dedykowanemu zamówieniom przedpremierowym lub DLC) był już doskonale znany wszystkim, którzy obserwowali ten tytuł od dawna. Oczywiście niezmiennie zapowiada się na kawał solidnego mięska, natomiast miałem ogromną nadzieję na możliwość samodzielnego przetestowania go na stoisku Techlandu.

Z racji powtarzalności prezentowanych materiałów z Dying Light na prawdziwą perełkę targów wyrósł Hellraid, który został wystawiony do publicznej macanki bodaj po raz pierwszy. Przynajmniej po raz pierwszy po przeskoczeniu z silnika Chrome Engine 5 na jego 6 odsłonę. Tę samą, która napędza Dying Light. Zmiana widoczna jest gołym okiem. Sceneria i efekty światłocieni nabrały nowej jakości. Engine nie rozkłada jednak w tym tytule pełni skrzydeł. Stonowana paleta barw oraz bijący po oczach aliasing skutecznie mu to uniemożliwiają. Grafika prezentuje się zdecydowanie gorzej niż w spokrewnionym projekcie. Nie znaczy to jednocześnie, że wygląda źle. Jest nierówno. Przedzierające się słonko na tle bezbrzeżnego pola, z majaczącym na horyzoncie wiatrakiem i górami, wygląda przepięknie. Natomiast paląca się wioska widziana z bliska przywodzi na myśl dokonania grafików z poprzedniej dekady. O samej rozgrywce nie sposób się wypowiedzieć po kilkuminutowym demie. Na pewno odczułem różnice w ciężkości uzbrojenia. Poza tym walka zdawała mi się o wiele bardziej techniczna i wymagająca aniżeli w DL. Podczas prezentacji na głównej scenie pokazano m.in. możliwości rozwoju postaci oraz menu ekwipunku. W skrócie? Będzie tego od groma i jeszcze trochę. Jeżeli tęsknisz za klimatami Heretica i Hexena, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w marcu przyszłego roku będziesz ukontentowany.

Widać było po stoisku Techlandu, że starał się zaprezentować wrocławskiej publice z jak najlepszej strony. Komunikat był klarowny: „jesteśmy stąd, a o swoich dbamy”. Były konkursy, koszulki, baloniki z helem (jeden jeszcze mi nawet dynda nad głową), możliwość zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia w specjalnej kabinie i Steve szukający ofiar wśród tłumu. Jedyne, co muszę wytknąć temu wystawcy, to kompletne zlanie na kategorie wiekowe. Dziatwy bez najmniejszych skrupułów rozczłonkowywały zombiaki na przepastnych telewizorach. I na niewiele zdały się nawoływania z głównej sceny Tymona Smektały, producenta Dying Light, by rodzice bardziej uważali na swoich podopiecznych. Jest to o tyle dziwna sytuacja, że jeszcze rok temu Techland podchodził do sprawy bardzo restrykcyjnie. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Gdy na Fantasy Expo zatrzymałem się przy standzie z grą w towarzystwie swojej dziewczyny i jej nieletniego brata, od razu zostałem poinformowany, że gra przeznaczona jest dla osób pełnoletnich i dziecko musi odejść.

Takie baloniki to ja rozumiem. Zdjęcie rozmazane, bo dziewczę płoche, jak przystało na puch marny.

DAY II – OLD SCHOOL IS COOL

Drugi dzień targów chciałem rozpocząć od panelu dyskusyjnego „Czy da się wyżyć z pisania o grach?” prowadzonego przez Michała Mielcarka (Gamezilla.pl, Gram.pl). Chciałem, natomiast prowadzący nie wykazał takiej chęci i się nie zjawił. Tym samym Mielcarek (nie znam człowieka) wisi mi Mercedesa. Podaję numer konta…

A serio, szkoda, bo temat nośny i faktycznie mnie interesujący z interesującym wykładającym. Nie ma tego złego, dzięki temu mogłem posłuchać dłużej Macieja Miąsika o tworzeniu swojej pierwszej gry. Jeszcze wtedy nie byłem świadom, że na sali audytoryjnej zabrakło kogoś jeszcze, Piotra Gnypa, który miał prowadzić całe przedsięwzięcie. Tym sposobem, gdy po krótkim spacerze chciałem wrócić na prelekcję Macieja Zasady z UNIT9 o wykorzystaniu VR, trafiłem na Marka Ziemaka z 11 bit opowiadającego o This War of Mine. Ponownie, nie ma tego złego, bo Ziemak mówił z taką pasją o nowym dziecku studia, że aż… wyłączono mu mikrofon. Jednym słowem, chaos. To, co już udało mi się w strzępach posłuchać na prelekcjach było fajnie przemyślane i na pewno ciekawe.

Skoro jednak już wspomniałem o UNIT9, nie wypada nie dodać nic o stoisku tego wystawcy. Firma jest jedną z bardziej utytułowanych (cytując za Press Kitem i wystąpieniem Macieja Zasady) agencji interaktywno-prodykcyjnych. Innymi słowy, studio zajmuje niszę interaktywnego marketingu i radzi sobie na tym poletku znakomicie. Zamiast trawienia słów, sami sprawdźcie do czego może doprowadzić kontakt z tą ekipą:

Zaprezentowane na stoisku dema (nieco naginam pojęcie) były odbierane bardzo pozytywnie. Do gwoździa programu tj. do reklamówki Nissana zatytułowanej „Chase the Thrill” przez niemalże całe targi nie malała kolejka chętnych. Sam czatowałem na dogodny moment i sprawdziłem tę mini-produkcję niemalże pod koniec drugiego dnia. Byłem zachwycony. Jak zresztą zawsze przy kontakcie z Oculus Riftem. Wypowiadałem się na ten temat wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Zapraszam choćby do wspomnianego wyżej tekstu z zeszłego roku. Sęk w tym, że UNIT9 dodało do całej zabawy bieżnie WizDish. Jest to coś na kształt wielkiej patelni, po której grający w specjalnym obuwiu przebierają nogami po bardzo śliskiej nawierzchni (odczucie bliskie lodowisku) wywołując tym sposobem minimalne tarcie, które przenoszone jest na szybkość poruszania się sterowanej postaci (w tym wypadku robota). Konstrukcja rozgrywki jest prosta jak konstrukcja cepa, natomiast jest coś w słowach Zasady, że bardzo ważnym jest by gracz odczuwał swą obecność w wirtualnym świecie nie tylko na podstawie zmysłu wzroku i słuchu. Zastosowanie bieżni miało zniwelować „wirtualny szok” nagłą zmianą otoczenia. To coś, co ja pieszczotliwie nazywam efektem oczojebności. Drugie demo było mniej spektakularne i sprowadzało się do interaktywnego filmu o pierwszym treningu rugbisty (zdaje się, że efekt 3D uzyskano metodą poklatkową, w podobny sposób jak choćby zdjęcia w Google Earth).

Na bok jednak wszelkie nowoczesne technologie, gdy do gry wszedł old school. Stoisko RetroGralni było najlepszą rzeczą jaką spotkałem na Hall of Games. Klimat nostalgii wylał się strumieniami. Dużą część wystawionych sprzętów miałem okazję przetestować po raz pierwszy, do pozostałej miałem okazję powrócić po latach. Szkoda czasu by wymienić je wszystkie, zresztą same nazwy nie przywołają Wam możliwości kontaktu z nimi. Wystawca postarał się nawet o takie detale, jak ekrany (monitory oraz telewizory) dedykowane zeszłym epokom. Dla gracza to było wręcz ezoteryczne doznanie. Wracałem w to miejsce ilekroć miałem wolną chwilę. Za każdym razem bawiłem się przednio. Poniekąd stoisko RetroGralni stanowiło nie tylko widokówkę samych targów, lecz laurkę całego gamingu, miejsce w którym krzyżowały się drogi pokoleń. Młodsi łupali w Mario na Super Nintendo, więksi nie mogli wyjść z podziwu obcując z klonem Ponga. Ojciec opowiadał o swej młodości, a dziatwa mogła sprawdzić, o czym z takim zapałem opowiada im ten stary zgred. Dla mnie, stanowisko to było synonimem tego, co tak kocham w graniu.

DAY III – TAKIE, TAKIE

Na ostatni dzień wystawy pozostawiłem sobie wszelkie ciekawostki, z którymi nie udało mi się zetknąć do tego momentu. Chciałem sprawdzić pokój zagadek Let Me Out, niestety terminy od rana zostały zabukowane do reszty dnia. W związku z tym ruszyłem na bogatą sekcję gier planszowych. Spędziłem tam upojne dwie godziny i nie wyszedłem z pustymi rękoma. Zjadłem hamburgera ze sławnego Pasibusa (rzeczywiście jest tak dobry, jakim go piszą). Później jeszcze pograłem chwilę w nieamatorski system treningu narciarskiego wybudowany rękami pasjonata i po raz ostatni przeszedłem się po hali. Powyżej nie wymieniłem wielu stanowisk i wydarzeń, które na uwzględnienie zasługiwały (koszulki, gadżety, sekcja Lego, turnieje w LoLa, StarCrafta II oraz Dota 2, konkurs cosplay, występy Maginarium, doskonale znany wrocławianom pokaz video-mappingu oraz wiele innych, za pominięcie których serdecznie przepraszam), ale zwyczajnie nie miałem czasu by się z nimi bliżej zaznajomić.

Hall of Games niesie ze sobą wielki potencjał, jednak do poważnych targów ma do przebycia przed sobą jeszcze długą drogę. Bawiłem się świetnie. Nie znaczy to jednak, że nie dostrzegłem pewnych mankamentów, przed którymi nie udało się ustrzec organizatorom. Za rok nie jest możliwe powtórzenie sukcesu bez jakichkolwiek zmian w konwencji (być może stawienie się w szranki z PGA). Na pewno nie będzie możliwości by oprzeć imprezę o Techland. Czołowe gry studia zostaną już do tego czasu wydane, a nowe będą jeszcze daleko poza horyzontem. Niemniej czekam z niecierpliwością na kolejną edycję.

Grami

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s