Gamescom 2013: O konsekwencji (i niekonsekwencji) działań gigantów

ps4 vs xbox one gamescom

Zakończone niedawno targi gamescom odbywające się rokrocznie w Niemczech (to już 5 edycja) były kolejną okazją do wymiany „uprzejmości” między Sony i Microsoftem. Jak łatwo było się domyśleć, na pole europejskie giganci rynku gier przywieźli jedynie popłuczyny tego, co zostało po prawdziwej demonstracji siły ze słonecznej Kalifornii. Wizja giganta z Redmond od tego czasu uległa jednak zmianie o 180 stopni. Co oczywiście nie uszło uwadze Sony.

Jedną z najważniejszych informacji targów było oficjalne potwierdzenie światowej data premiery PS4, ustanowionej na 29 listopada. Przy tej okazji Andrew House nie mógł sobie odmówić przyjemności skarcenia konkurencji. A wyglądało to mniej-więcej tak:

Ja-ja-ja-pończyką (przyp. miała to być zabawna gra słowna niemieckim słowem „tak”) przy okazji nowej generacji jedno wychodzi bardzo dobrze – granie na nosie amerykańskiej konkurencji. Sony odrobiło zadanie domowe i cholernie dobrze (i boleśnie) nauczyło się na własnych błędach.

Mam wrażenie, że role się odwróciły. Niegdyś to amerykański gigant musiał nadrabiać stracony czas i nie mógł sobie pozwolić na błędy. Doskonale zdawał sobie sprawę, co musi zrobić wprowadzając na rynek Xboxa 360 by odnieść sukces. Swój sprzęt skierował do hardcorowych graczy. Wizja konsoli i komunikacja między firmą, a klientami była jasna i klarowna. Premiera przed PS3 zapewniła przewagę czasową, nieco słabsza architektura dała przewagę cenową, a oparcie jej o komponenty żywcem wyniesione z blaszaków ułatwiło życie deweloperom. Do tego trafne przewidziane tendencje rynku do coraz większego parcia na online i przyłożenie się do funkcji sieciowych (osiągnięcia i doskonała obsługa serwerów Live) z miejsca kupiło miliony graczy w USA i Europie. Oczywiście szybko rosnąca biblioteka doskonałych ekskluzywnych tytułów również przełożyła się na sukces komercyjny.

W tym czasie Sony twardo trzymało rękę w nocniku nie robiąc sobie w zasadzie nic z poczynań Microsoftu. Zupełnie jakby włodarze przestali wierzyć, że jakaś firma może zdetronizować jej nowe dziecko. Jakby hegemonia, która trwała przez ostatnią dekadę należała się japońskiej korporacji z urzędu. Podobnie, jak swego czasu Nintendo niedoceniające (o ironio!) Sony właśnie. Zupełnie odpuszczono sobie komunikacje z klientem. PR zdławiono w zarodku. A komunikaty, które szły w świat…cóż, wyglądały jak ten poniżej:

Jakież zdziwienie musiało zarysować się na twarzy Kena Kutaragiego (ojca i ówcześnie głównodowodzącego brandem PlayStation), gdy okazało się, że gracze wcale nie ruszyli do sklepów zaślepieni blaskiem nowego loga. Że Xbox 360 na rynku amerykańskim zadomowił się na tyle dobrze, że nie tylko będzie ciężko zdublować jego sprzedaż (jak działo się to przy okazji poprzedniej generacji), ale w ogóle z jego dogonieniem może być spory problem.

I cóż. Historia lubi się powtarzać. Lubi też odwracać kota ogonem.

Kto śledził E3, temu nie muszę przypominać kolejności wydarzeń. Microsoft zaatakował z grubej rury. Kompletnie olewając kwestie wyjaśnienia swoich decyzji. Nie dostosowywał swojej oferty do rynku. To rynek miał się przystosować do niej. Idiotyzm? Samobójstwo? Raczej badanie rynku, na co może sobie pozwolić. Czy jak złapię Halinkę za kolanko to da mi w twarz? A co jakbym złapał też jej mamę? Obrazi się? A co jakbym wziął je obie na oczach ojczulka? A może tak przy okazji, jak już będę miał dwie dziewczynki, to wezmę sobie ich plazmę i zestaw kina domowego…

Zarzucono pomysł DRM. Zarzucono konieczność logowania. Okazuje się, że Kinecta można jednak odłączyć bez straty dla czytelności interfejsu. Platforma docelowo nie przychylna niezależnym deweloperom nagle staje się ich świątynią. Nie ma headsetu, aż tu nagle Major Nelson niczym magik wyjmuje go z pudełka podczas premierowego unboxingu. Ja się pytam WTF?! Czy takiej firmie można zaufać? Czy kupując sprzęt na lata, który przecież ma (i będzie!) się rozwijać warto wydawać pieniądze na firmę, która zmienia zdanie częściej niż moja dziewczyna buty? Podejmując decyzję w sklepie, wykładając na ladę niemałe przecież pieniądze, przekazujemy firmie pewien kredyt zaufania. Lokujemy swoje pieniądze wierząc, że robimy uczciwy deal i sprzedawca nie dyma nas na wejściu zakrywając rysy białym korektorem, który zejdzie przy pierwszej lepszej okazji. I o taki kredyt zaufania ciężko w przypadku tego, co wyprawia Microsoft.

Wszystkie te zmiany należy liczyć na plus. Oczywiście znalazła się mała grupka oszołomów, których tak bardzo zaślepiła enigmatyczna i sklecona naprędce obietnica dzielenia się grami z 10 członkami rodziny (rozwiązanie o tyleż niepoważne, że zupełnie nieopłacające się wydawcom), że gotowi byli za nią drzeć swe szaty. Ale umówmy się, to jedynie margines. Zmiany są konkretne, w większości niezaprzepaszczające nowych możliwości drzemiących w Xbox One (cloud gaming i 300 tys serwerów Live dalej zrobi swoje). Większość graczy przyjęła je z optymizmem, ale na Boga! Już kiedyś to mówiłem, ale powtórze raz jeszcze; jak złapię złodzieja w swoim domu, a ten odłoży moje rzeczy na miejsce, to mam go poklepać po ramieniu, bo w gruncie rzeczy to uczciwy z niego koleś?

Długo wmawiałem sobie, że Microsoft ma plan i niejednego asa w rękawie. Że przyjdzie czas na zaszachowanie konkurencji. Że jeszcze chwila, jeszcze minuta i nastąpi boom. I boom nastąpiło, ale nie takie jakbym się spodziewał.

Osobiście wysłałem do siedziby Microsoftu komisję złożoną z Beavis i Butt-heada by przekazali włodarzom apel pewnej słodkiej staruszki. Podziałało. Głowa Pana Mattricka poturlała się szybko i głośno. Oczywiście były prezydent interaktywnego działu Microsoftu spadł na cztery (?) łapy, chwytając pazurkami Zyngi, z którą romansował od dawna. Sygnały od obu korporacji starały się nam sugerować, że wydarzenie to nie miało żadnego związku z marketingową porażką Xboxa One. Że decyzja zapadła wiele miesięcy temu. Co ja na to? O tu mi jedzie czołg (nie widzicie tego, ale pokazuje na [ł]oko). Jako prezes, Mattrick miał zapewne niebagatelny wpływ na decyzje podejmowane przy polityce używek. To on musiał poręczyć za to głową. Do tego popisał się niesamowitą niesfornością wypowiedzi (pamiętna wpadka z zaleceniem pozostania przy Xboxie 360). A taka firma, jak Microsoft przecież nie może się teraz przyznać, że wszystko, co mówiła i mówi jest bujdą. Zresztą, porzucać ciepłą posadkę w jednej z największych korporacji na świecie na rzecz Zyngi? C’mon! Czy oni mają nas za idiotów? Ok. Mattrick mógł z Zyngą otwarcie romansować. Ok. Przeżywająca kłopoty finansowe i strukturalne Zynga mogła go przyjąć z otwartymi ramionami. Ale żeby tak na własne życzenie? Tak, czy siak. Stery nad działem Xboxa przejęła Julie Larson-Green zajmująca się do tej pory rozwojem Windowsa i pakietem programu Microsoft Office. Jakie ma ona pojęcie o grach? Tego nie jestem w stanie określić. Ale liczyć w tabelkach Excela zapewne potrafi lepiej niż ktokolwiek inny, a i nowa promocja pakietów Office zaoferowała graczom roczny abonament Live za darmo. Na Polygamii bodaj jeden z czytelników napisał: „tak jakbyśmy kupowali Rower a gratis otrzymali kanister benzyny”. Coś w tym jest.

Nad Microsoftem zbierają się czarne chmury. Ciężko powiedzieć, czy porywisty wiatr, który je przywiał będzie w stanie powalić takiego kolosa. Na pewno przewieje jeszcze biurowce znajdujące się w Redmond. W takiej atmosferze z fotelu prezesa rezygnuje Steve Ballmer. Przypadek? Czego jeszcze możemy się spodziewać po tak radykalnych zmianach?

Phil Spencer w wywiadzie dla Eurgamera odniósł się do wypowiedzi House’a z prezentacji Sony z Gamescom, jakoby ich starania próbowano zaprezentować w negatywnym świetle. Że trzeba wsłuchiwać się w opinie graczy, bo „dialog musi być kluczowym elementem naszego podejścia do platformy. Jeśli nie możemy wysłuchać opinii i odpowiednio na nie zareagować, to jesteśmy zbyt oderwani od konsumentów, którzy inwestują czas i pieniądze w nasz system i gry”. A ja się pytam, gdzie była ta otwartość Microsoftu jeszcze w czerwcu tego roku? Jasne Sony też święte nie jest. Też po cichu przemyciło do swojej nowej platformy (skądinąd podchwycony pomysł) płatnego szarpania online. Zresztą cały rynek stoi na podkradaniu sobie i modyfikowaniu pomysłów innych. I zawsze będzie w tym wszystkim chodziło o jedno. O kasę. Ale da się przy tym zachować pozory uczciwej wymiany handlowej. Sony ustanowiło sobie kurs, gdzieś tak w połowie tej generacji i twardo ten kurs trzymało. Wyluzowało rajty w marketingu, wprowadziło PS Plus i praktycznie do samego końca wspiera swoją dotychczasową platformę (podczas gdy moja 360 już dawno zebrała tumany kurzu). I tak. Mam świadomość, że wszystko na końcu i tak sprowadza się do gier. A line-up Xbox One do słabych nie należy. Ale ja to chromolę. Przy tej generacji ważyć będzie się podejście do klienta. Podejście do idei własności. I ja w tej walce już dokonałem wyboru.

I w przeciwieństwie do Microsoftu do zmiennych nie należę.

Grami

One comment

  1. tomiga

    Dobry tekst no i mam podobne odczucie co do MS i zaufania do kogoś kto na 5 minut przed premierą kompletnie zmienia swoją strategię – strategia MS i Xboxa nie jest wiarygodna… i za pewne to tylko kwestia czasu kiedy powrócą do wcześniejszych pomysłów… jak już będą mieli odpowiednią bazę użytkownikó

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s