Z archiwum gracza: Recenzja Gears of War 2

Gears of War Skull 2W drodze przeprosin za swoją ostatnią absencję na blogu, w dniu dzisiejszy wrzucę dwa duże teksty. Pierwszym z nich jest moja archiwalna recenzja wyszperana z otchłani 2009 roku. Swego czasu zrobiła mały szum na portalu Konsolowisko, z uwagi na niedorzeczną (zdaniem fanów;) ocenę. Przy okazji jej odświeżenia ocenę wycinam, raz, że miejsce na to nienajlepsze, a dwa od premiery gry upłynęło już zbyt dużo wody w Wiśle by bawić się w jej ocenianie. Czysta lektura.

Ludzkość walczyła od zawsze, gdy nie było na ziemi jeszcze szarańczy walczyła między sobą. Walczyła o władzę, o siłę, o wpływy, teraz ludzkość w połączonych siłach musi walczyć o przetrwanie. Jeszcze nigdy nie była tak bliska swej eksterminacji, sądzono, że pozbyto się wroga raz na zawsze. Jednak bombie masowego zniszczenia nie udało się tego dokonać. Oddziały Locustów przetrwały i powróciły do walki silne jak nigdy wcześniej. Ludzkość postawiona przed dniem ostatecznym, w akcie desperacji rzuca ponownie wszystkie swoje siły w samo serce podziemnej armii, a game over oznaczać będzie nie tylko koniec dla oddziału Delta, ale i dla całej ludzkości. W tak niepokojącej otoczce zaczyna się najbardziej oczekiwana produkcja na Xboxa 360. Poprzeczka, którą zawiesił sam sobie Epic Games, była postawiona wysoko nad ich głowami. Cliff Blaszyński niejednokrotnie wspominał w swych wywiadach, że nowa część Gears of War nie ma zawieszać jej niebotycznie wyżej, a jedynie przeskoczyć standardy , które wyznaczył jej pierwowzór. Kontynuacja miała spełniać 3 proste warunki – „bigger, better and more badass”. I niech mnie wszyscy diabli wezmą, za napisanie tych słów na samym początku tej recenzji. Ekipa z Epic podołała swoim założeniom, ich produkcja zaprawdę jest większa, lepsza a przede wszystkim jeszcze nigdy nie kopało się tyłków oddziałom szarańczy tak diabelnie miło.

„They do not understand. They do not know why we wage this war. Why we cannot stop. Will not stop. Why we will fight and fight and fight. Until we win… Or we die. And we are not dead yet…”

gears-of-war-2-marcus-and-domWzorem hollywoodzkich produkcji w nowej odsłonie GeoW nie mogło zabraknąć nieco mocniej zarysowanego scenariusza, troszkę epickości, a i nieco bardziej wyrazistych postaci. Epic oczywiście nie wzorował się kinem ambitnym, a raczej czymś w rodzaju szybkich filmów akcji. Dodając nieco pierwiastka walki o przetrwanie całej ludzkości przywodzącej na myśl „Wojnę światów”, czy „Armagedon”. Czy to dobrze, czy nie – ocenicie sami, w moim odczuciu jest o wiele lepiej niż w części pierwszej. Sama akcja jest dzięki tamu jeszcze bardziej filmowa, a klimat stał się nieco gęstszy. Faktycznie czuć od samego początku, że bierze się udział w ostatecznym, desperackim akcie obrony ludzkości. Patetyczny wstęp, podniosła muzyka, wielka przemowa przywódcy na tle wylatujących w helikopterach na swoją, być może, ostatnią misję żołnierzy COG. Dominic Santiago ściskający w ręce zdjęcie swojej zaginionej żony, wyruszający w beznadziejną pogoń za swoją miłością. Bezapelacyjnie cała otoczka odgrywa w grze miłą odmianę, scenariusz w końcu ma swoich bohaterów, a nie tylko bezmyślne maszyny do zabijania. Członkowie Delta Force jakby bardziej się uczłowieczyli, w końcu można uwierzyć, że mają jakieś uczucia, a o samym Dominicu po paru pierwszych rozdziałach śmiało możemy powiedzieć, że za ukochaną podąży na samo dno piekła. Nie zrozumcie mnie źle, nie znaczy to oczywiście, że producenci postanowili coś odjąć z wachlarzu zabójczych możliwości naszej drużyny przesączając ją ckliwymi uczuciami. Wręcz przeciwnie Marcus i Dom tną hordy szarańczy wściekle jak nigdy dotąd, strzelają w głowy Locustów w akompaniamencie burzy mózgów, hektolitrów krwi i rozwalanych tu i ówdzie flaków ścieląc setkami wrogów drogę ku wnętrzu ziemi. Pomagają im w tym starzy znajomi z pierwszej części. Augustus „Train” Cole wraca w swoim ulubionym stylu, tym razem odwrotnie niż w pierwszej części, to on przybywa nam z odsieczą w dramatycznym dla drużyny momencie. Szerząc spustoszenie w oddziałach wroga, dosłownie wyżyna go w pień na każdy możliwy sposób. Słysząc jego powitalne „Nobody plays this game like me, Nobody!” po prostu automatycznie wywołał u mnie uśmiech na twarzy. Nie można zapomnieć o głównej osi fabularnej i jednym z najważniejszych elementów Gearsów, czyli mięsie armatnim zwanym szarańczą. Mało już tego, że horda kontratakuje z podwójną siłą i tonami ołowiu i granatów, pod ziemią znikają w niewyjaśnionych okolicznościach największe fortyfikacje ludzkości. Czas zacząć działać.

„Just in time to kiss my ass…”

Dochodzi do tego, że ostaje się już tylko jedno wielkie miasto, Jacinto – baza wypadowa całej przygody. W myśl zasady, najlepszą obroną jest atak, większość oddziałów ludzkości zostaje wysłana w samobójczą drogę wprost w objęcia wygłodniałych krwi Locustów. Horda zwiększyła swoją wielkość, a my atakujemy samo jej serce, stąd na ekranie czasami jednocześnie pojawiają się całe zastępy wrogów. To właśnie czyni niektóre bitwy wielkimi widowiskami nakręconymi z powalającym rozmachem. Horda nie tylko pomnożyła swoje oddziały, ale również zwiększyła swoją siłę. Potężny Bumer, czy Beserker, postrach pierwszej części, teraz nie robią już większego wrażenia na graczu. Często zdarza nam się walczyć z dużo większymi przeciwnikami, podczas szaleńczych rajdów, najczęściej gigantycznymi i uzbrojonymi po zęby, tudzież gąsienice lub koła środkami transportu rozłożymy na deskach nie jednego Brumaka. A w kwestii przypomnienia osobnik tego typu mierzy coś koło 12 metrów wysokości, a z jego uzbrojeniem jest równie sprawny bojowo, co Metal Gear ze znanej serii Konami. Oj tak, Snake w realiach Gears of War miałby nie lada kłopoty i mógłby nie dożyć spokojnej starości i pięknego zakończenia w MGS 4.

W większości gier taka bestia mogłaby spokojnie odgrywać rolę bosa, tutaj natomiast jest jedynie przerywnikiem w morderczym pędzie o przeżycie. Niewątpliwie lawirowanie między setkami wrogich jednostek i bestiami nie rzadko większymi niż znany z filmu King Kong ogromny goryl są niejako wizytówką nowych Gyrosów. Tutaj pojęcie wojny nabrało zupełnie nowego znaczenia. To już nie tylko brudna i często bezlitosna walka. Tutaj nie ma pojęcia humanitarności, każda ze stron ma tylko jeden cel, każdym możliwym sposobem całkowicie eksterminować wroga. Znany z pierwszej części czołg staje się jedynie przyśpiewką dla reszty machin wojennych, których przyjdzie nam sobie oswoić. A podczas wszystkich tych epickich scen, których nie powstydziłby się sam św. Jan spisujący koniec świata, starć pełnych wybuchów, rzęsistego deszczu krwi i setek porozrywanych na strzępy poległych, tylko jedno przerażające uczucie tuż obok przepływającej adrenaliny przeszywało moje ciało – błoga przyjemność.

„I have a rendezvous with death, and I to my pledged word am true, I shall not fail that rendezvous ”

Gears Of War -8W większości czasu rozgrywka przypomina to do czego doskonale zdążyliśmy się przyzwyczaić po pierwszej części i tysiącach jej naśladowców, którzy kopiowali pomysły twórców. Jednak naśladowcy ci nie mieli czegoś, czego na pewno nie brakowało twórcom z Epic Games, przytupu, który samym podmuchem zmiata oryginał, a konkurencje znowu zostawia daleko za swoimi plecami. Miesiące oczekiwania spotęgowały tylko widok niektórych scen, które wcześniej widziało się na setkach trailerów. Dopiero teraz, gdy dane mi było w swoich własnych dłoniach dzierżyć pada, czując jego drgania, a na ekranie widzieć jak akcja z moim własnym udziałem nabiera coraz większego impetu, dała mi jasno do zrozumienia, że tą grę trawi się na wdechu.

Kilka zręcznych usprawnień wprowadzonych przez Epic doskonale uzupełniło ubóstwianą niemal doskonałość pierwszej części. Możliwości bojowe Delta Squad zostały nieco rozszerzone. Mało tego, że tną Hordę z łatwością z jaką by robili to baletnicy podczas rzezi niewiniątek, nauczyli się wykorzystywać konających wrogów jako żywe (aczkolwiek niedługo;) tarcze. No oczywiście, jeżeli będą tego chcieli, bo pełzającego przeciwnika równie dobrze mogą rozsmarować po ziemi niczym robaka używając dosadnych argumentów w postaci pięści, czy kopniaków. Innym możliwym rozwiązaniem błyskawicznego wykańczania przeciwników są granaty, które teraz można przylepiać zarówno do ścian jak i żywych jeszcze delikwentów. Zarówno nasze oddziały jak i szarańcza zyskały możliwość przemieszczania się po odniesieniu większej ilości ran, grając w co-opie, czy multi gdy tylko przyjmiemy na klatę odpowiednio dużą ilość ołowiu nie czekamy już w miejscu wykrwawiając się na śmierć, ale mamy możliwość czołgania się w stronę przyjaciół.

Akcja nabrała nieco większego rozmachu, a przeciwnicy stali się jeszcze bardziej krwiożerczy i zdesperowani. Ich szeregi zostały wzbogacone o nowe mordercze typy. Niejednokrotnie zapłaczecie po staranowaniu przez Bloodmount, wielką bestię, która jednym ruchem zmiata nas na kolana. Jeździec, który ją dosiada ostrzeliwuje nas z jej grzbietu, a w duecie możecie mi wierzyć, stanowią duży powód do zmartwień. Znani i lubiani Boomerzy doczekali się swoich nowych braci, np. szarżujący na nas Mauler potrafi niejednokrotnie napędzić niezłego stracha. Rodzinka Boomerów nie słynie być może z szybkości, jednak nadrabiała to zawsze ogromną wytrzymałością. Ta jednostka dodatkowo została wyposażona w ogromną tarczę i wybuchową maczugę, przez co strasznie trudno trafiać w jego ogromne cielsko, a bliskie spotkanie z nią kończy naszą linię życia bez możliwości doczłapania się do któregokolwiek z kompanów. Inne wariacje przeciwników związane są z nowymi rodzajami broni. Miotacz ognia świetnie sprawdza się na bliskie odległości, w naszych rękach jest szczególnie przydatny na małych szybkich wrogów, lub po prostu wąskie korytarze. Natomiast jeżeli to my staniemy naprzeciw bydlaka, który będzie nas chciał zamienić w kawałek zwęglonego mięsa, wystarczy, że przebijemy mu butle z gazem, byśmy mogli cieszyć oko wybuchem i kawałkami tańczącego w powietrzu mięsa. Z ciekawszych nowości warto również wspomnieć o Tickerach, małych, ale za to diabelnie szybkich i zwrotnych potworkach kamikaze, które po zetknięciu z nami wybuchają wyrządzając nam niejednokrotnie wiele szkód. Następną nowością jest moździerz. To właśnie ta broń uratuje nam skórę, gdy przyjdzie toczyć zaciekłą walkę z dużo większymi od siebie przeciwnikami, bądź ogromną przewagą liczebną szarańczy (a najczęściej w połączeniu tych dwóch czynników). Działa ona na prostych zasadach, rozstawiamy ją na ziemi, przytrzymujemy odpowiednio długo przycisk strzału, czekamy aż ta naładuję siły by po chwili oglądać wielki ognisty deszcz rozpadającej się na części bomby zalewającej falę przeciwników. To nie koniec nowości, które twórcy postanowili wtłoczyć do gry, co powiecie na przenośne działo obrotowe i „kapitana” szarańczy, który jednym szaleńczym krzykiem ożywia wszystkich konających przeciwników?

Ja nie wiem, co temu Locustowi strzeliło do głowy by pchać się do tej recenzji.

Ja nie wiem, co temu Locustowi strzeliło do głowy by pchać się do tej recenzji.

Niewątpliwie Epic chciał zrobić wszystko, by maksymalnie zróżnicować rozgrywkę i zaiste, to co czasami dzieje się na ekranie nie pozwala się nań oderwać. A wspomniałem, że niezawodna broń ludzi Lancer teraz wpadła również w łapska Locustów i zamiast beztroskiego cięcia mięsa nieraz będziecie musieli w pocie czoła pojedynkować się na piły mechaniczne? Sam Lancer, a dokładnie opcja krojenia, nabrała teraz dużo większej wartości, już nie tylko tniemy nią przeciwników, ale też otwieramy sobie przejścia, bądź…w tym miejscu chciałem opisać jeden z ciekawszych momentów w całej grze. Ale nie zrobię tego (spoiler), warto jednak zaznaczyć, że o ile pierwsze Gears of War niewiniątkiem w temacie przemocy nie był, tak druga część dosłownie jej hołduje. Krwi czasem jest tyle, że można się w niej utopić (nie w przenośni, a w rozumieniu dosłownym).

Gra doczekała się również nowego trybu multiplayer, nazwanego nie inaczej jak – horda; gracze stają w nim ramię w ramię, by bronić się przed kolejnymi falami nacierającego wroga. Imponująco zaciekłe walki do ostatniego żywego człowieka naprawdę dają niezły dopływ adrenalinki, a i sens współpracy nabiera w nim zupełnie nowego znaczenia. Co-op tak jak w części poprzedniej jest mistrzem samym w sobie. Scenariusz przechodzony samodzielnie oczywiście jest rajcowny, ale dopiero, gdy ekran zostaje podzielony na pół, lub Domem zaczyna kierować żywa osoba za pośrednictwem Internetu jazda zaczyna się od początku. Po raz kolejny niejednokrotnie etapy dzielą się na dwie ścieżki, które zmuszają graczy do rozdzielenia się na krótką chwilę, a zarazem do doskonałego zgrania się w kilku momentach. Jednym zdaniem, narzekać na nudę nie sposób, akcja nabrała jeszcze większych rumieńców, epickość starć robi jeszcze większe wrażenie niż w pierwowzorze, a chlapiąca zewsząd jucha dobitnie pokazuje, że ta gra przeznaczona jest dla dużych chłopców – brawa dla Epic.

gears-of-war-2-new-boss-predator

„I like em crispy on the outside”

Kwestia audio-wizualna została przesądzona na długo przed premierą. Wiadomo było, że po raz kolejny XO zagrzeje się do czerwoności, a naszym oczętom przyjdzie podziwiać prawdziwe fajerwerki. Pytanie raczej brzmiało, czy ekipa z malowniczej Karoliny Północnej jest w stanie zdeklasować swoje poprzednie dzieło. Bez wątpienia pierwsza część była czymś, co wyznaczyło nowe standardy w tej generacji gier, rzecz w tym, że owe standardy w dobie popularności Unreal Engine 3 z czasem zaczęły mocno powszednieć, a to co kiedyś powalało, stało się czymś normalnym. I wszystkich tych, którzy liczyli na nowy etap w generowaniu grafiki trzeba niestety zlać zimną wodą. Rewolucji tutaj brak, aczkolwiek efekty wizualne wciąż potrafią wprowadzić w zachwyt. Klimat wojny został tu stworzony wręcz z chirurgiczną precyzją, a rozmach pisany jest tutaj przez duże R. Walący się zewsząd tynk, ściany, budynki, czy wręcz całe miasta, przeciwnicy których w całości nawet nie da się objąć wzrokiem, czy epickie starcia z setkami przeciwników naraz wprawiają w zdumienie. Dopracowanie szczególnie otwartych przestrzeni zaprawdę potrafi oczarować i aż czasem pragnie się przystać w szaleńczym biegu o przetrwanie. Przykładem niech będzie wejście w głąb jaskiń, przepływający strumień pięknie oddanej wody wraz z niesamowitą głębią otoczenia jest wręcz nie do opisania. Równie dobrze wyglądają walki w zdewastowanych urbanistycznych miejscówkach, a samo otoczenie dosłownie pięknie pęka i wali się pod naporem gradu kul. Ścieżki audio zostały praktycznie niezmienione od czasu pierwszej części i w sumie nie ma się co dziwić, robi ona tak samo dobre wrażenie jak w pierwszej części. Nie sposób nie wspomnieć o polskiej kinowej lokalizacji, która mimo że bez mniejszych wpadek się nie obyła, to całościowo raczej na pewno nie robi złego wrażenia (choć w większości tekstów bywa zupełnie zbędna;).

Bądź tak miły Cliff i zamknij na minutkę oczy…

gears-of-war-2-screenshot-2Mimo mojego dozgonnego szacunku do twórcy GeoW, z pochodzenia rodowitego Polaka, to niestety trzeba przyznać, że jego nowy diament posiada małe aczkolwiek widoczne skazy. Jeżeli ktokolwiek spodziewał się nowego króla Live mocno się zawiedzie. Mimo początkowych zarzekań twórców, że multiplayer zmiażdży swój pierwowzór, a konkurencji na długo będzie machał z pierwszego miejsca najpopularniejszych gier online można stwierdzić, że tak nie się nie stanie, a jeżeli nawet, to będzie to machanie niezasłużone. Niedoróbki z pierwszej części nie zostały poprawione, narzekania graczy na lagi i przewagę hosta pewnie już dawno przytłoczyły twórców. Nie jestem fanem takichże atrakcji, w pełni świadomie zakupiłem grę dla trybu single. A czy mu można coś zarzucić? Oprócz długości samej gry (koło 8-12 godzin) prawie nic. De facto jedyne co mnie zabolało to brak jakichkolwiek dużych zmian. Wiedziałem od początku, że twórcy nie aspirują do miana rewolucji, a jedynie przeskoczenia ustawionej przez siebie poprzeczki. Tym razem biję im jeszcze brawo, zaliczyli skok bezbłędnie, ale następnym razem, już po premierze Killzone 2, hasło „bigger, better and more badass” może nie zdać egzaminu.

„Delta Squad is in your house, biatch! You hear that shit?!”

Nie ma co się pieścić po tyłkach, oddział Delta ma jaja jakich nie powstydziłby żaden szanujący się indyk. Spustoszenie jakiego dokonuje potrafi przyprawić w zdumienie, cała historia, która mimo, że nie wybitna robi doskonałą otoczkę do wielkich epickich bitew. Konstrukcja samych leveli i akcji po raz kolejny jest mistrzem samym w sobie. I co z tego, że cover system i online wciąż nie jest idealny? Nikt chyba nie odmówi sobie frajdy pocięcia Locusta na dwie piły, czy zdeptania jegomościowi głowy, prawda? XO zyskał kolejnego „ musisz-miecia” spod dłuta Epic Games, a co wy otrzymujecie w sklepie chwytając za krążek z grą i kładąc na ladę grubo ponad bańkę? Paręnaście godzin świetnego przesiąkniętego brutalnością funu, nieidealny, ale wciąż rajcowny online, jak również zapewnienie, że adrenalinka znów popłynie strumieniami w waszych żyłach. No i sprawicie radość Cliffowi;).

Grami

One comment

  1. Pingback: Plejada: Najlepsze gry dla kilku osób na jedną kanapę | (Ł)Okiem Gracza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s