Z archiwum gracza: Opowiadanie – Kolor śmierci

What-color-is-deathW tym miejscu miał się pojawić premierowy tekst. No, ale że ni stąd ni zowąd zrobiła się pierwsza w nocy, a dzisiejszy dzień nie należał do zbyt udanych, to stwierdziłem, że podrzucę chociaż jakiś odgrzewany kotlet. Jako, że aura mocno jesienna, a dział książki leży u mnie od dawna odłogiem, wrzucam opowiadanie, które niegdyś popełniłem na zajęcia z języka narracji. Nic wielkiego, ale za to, jak na gracza przystało, z interaktywnym zakończeniem! A co! Może się komuś akurat będzie nudziło…

__________________________________

Pokój spowijała niemal całkowita ciemność. Jedynie ekran laptopa leżącego gdzieś u boku łóżka nieśmiało próbował przedrzeć promyk światła przez nieskończone ilości kłębiącego się w powietrzu dymu. Heroina powoli dogorywała w żyłach Jacka zostawiając po sobie niemiłe uczucie skrępowania wszystkich mięśni. Jego ciało ułożone w pozycji embrionalnej raz po raz rzucane było przez ogromne fale bólu przechodzącego od koniuszków palców u stóp po sam czubek głowy. „Nie wytrzymam, nie wytrzymam, nie wytrzymam” – tylko ta jedna myśl przeszywała jego głowę. Jego nerwowe ruchy stopami przypominały pokraczny taniec śmierci, nad którym nie mógł zapanować. Sam nie wiedział dlaczego to robi, ale wydawało mu się, że dzięki temu oddaje cześć jakiemuś wyższemu dobru i uczucie bólu przeminie szybciej. Na jedwabnej pościeli wciąż wyczuwał jej zapach. Nigdy nie był ekspertem perfum, jednak teraz dokładnie próbował skupić się nad jego bukietem złożonym z goździków, wanilii i porannej letniej bryzy. To było jego jedyne koło ratunkowe. Tylko to krótkie wspomnienie sprzed 2 godzin dawało mu przeżyć. Była idealna. Miała zgrabną pupę. Twarzy nie pamiętał, ale pupę miała nieziemską. I to jak mówiła o poezji. Ten temat rozpromieniał jej całe ciało. Niemal dygotała ze szczęścia, gdy znalazła sobie równego partnera do rozmowy. Nie tylko wtedy zresztą dygotała ze szczęścia. „To,  jak pierdolony dzień świstaka, bezmiar bólu, łez i spermy, dzień w dzień z nową nią, w innym i tym samym pokoju hotelowym. To nie ma sensu.” – pokój hotelowy w którym zatrzymał się ze swoją piękną nieznajomą wyglądał jak pobojowisko. Po ziemi niemal jak w matematycznym wzorze porozmieszczane były puste butelki po wódce, szampanie i talerze z niedojedzonymi potrawami. „Mija, mija, mijaaa…” – westchnęła pogrążona w ciemności postać przerzucając swe zmęczone ciało na lewy bok. „Dzięki ci Boże, już nigdy więcej, przysięgam, nigdy…” – jak w wieczornej modlitwie wydyszał ostatkiem sił Jacek po czym pogrążył się w kamiennym śnie.

„Tu radio WarszawaCity, wybiła godzina 12:00, zapraszamy na popołudniową dawkę informacji…” – dźwięk radia nagle został urwany. Spod kołdry, pod którą zaszył się Jacek, wystawała jedynie ręka, która przed momentem wyłączyła radio-budzik. „Znowu to zrobiłem, teraz to już kurwa na bank jestem trupem…” – charknął stłumiony głos spod pieleszy. Jacek na godzinę 16 tego dnia był umówiony w jednej z wiosek pod Warszawą na spotkanie z ludźmi, którzy raczej nie zwykli żartować z drobnych spóźnień. Tym bardziej jeżeli czekali na przesyłkę wartą pół miliarda złotych. Smukła postać zwlekła się z łóżka opadając z hukiem na drewniany parkiet. Porozkładane po pokoju butelki wesoło zaczęły tańczyć swój chocholi taniec zaczepiając jedna o drugą. „Zamknąć ryje!” – wykrzyczał ochrypłym głosem. Według jego obliczeń miał coś koło piętnastu minut by uprzątnąć cały bajzel i rozpłynąć się w hotelowym holu. Jego wzrok jednak nie skierował się na wszech obecnie panujący w pomieszczeniu chaos. Jego wzrok szukał czerwonego plecaka, którego zawartość ważyła na jego być, albo nie być. Jedna szuflada. Druga szuflada. Szafa. Pod łóżkiem. Na łóżku. Łazienka. W powietrzu dym z kolejnego papierosa odpalanego od poprzedniego. Olśnienie. Bar „Pod schodami” na Mokotowie. Kelnerka. Wódka spijana z jej brzucha. Nie, to było później. Jak ona miała? Weronika? Gosia? Kasia? Nie ważne. Jego rozmyślania zakończył huk zatrzaskiwanych drzwi od pokoju. „Zatrzymuję się na jeszcze jeden dzień” – mruknął nerwowo do recepcjonisty nie zostawiając mu nawet chwili na odpowiedź. Wiedział, że już tu nie wróci. Wsiadł na swój motor, którym jeszcze kilka miesięcy temu chwalił się znajomym. Teraz odrapany od kolejnych upadków wzbudzał w nim jakiś dziwny wstręt. Ryk silnika i jeszcze chwila na jego rozgrzanie. Jego zmęczone oczy przy prędkości ponad 200 km na godzinę nie widziały nic prócz migających świateł otoczenia. Jego myśli raz po raz przerwane kolejnymi porywami wiatru kołatały się bez sensu wokół tego jednego czerwonego plecaka. W końcu dojechał. Bar „Pod schodami” ze swoim rażącym czerwonym neonem. „On musi być tutaj” – migawki z poprzedniego wieczoru nie zostawiały mu wątpliwości, że właśnie w tym miejscu był jego początek. Długie czerwone schody prowadzące do wejścia wydawały mu się nieskończone. Drzwi w stylu retro i długi czerwony blat. Jest. Kelnerka. Podchodzi do niej z czułością godną Lovelace’a. Zapamiętał ją dokładnie. Nie, nie twarz. Pupę. Wygląda dokładnie tak, jak ją wspominał jeszcze kilka godzin temu, gdy zwinięty w kłębek prosił Boga by zeszła z niego heroina. Uderzenie w twarz cuci go z rozmyślań. „Ty bezczelny skurwysynie, jeszcze masz odwagę tutaj się pokazywać?!” – wrzasnęła na niego jego wczorajsza nimfa. Obróciła się na pięcie i wróciła do obsługiwania klientów. Wszystkie oczy skierowały się na niego. I tak nie miał już nic do stracenia. Spokojnie podszedł do baru i usiadł na wysokim czerwonym krześle.

„To zabawny wybór lokalu. Wszystko czerwone. Czerwony długi blat, czerwone krzesła, ściany też czerwone, nawet parkiet czerwony. I ja. Zagubiony heroinista. Z moim małym czerwonym plecakiem, za którego wartość mógłbym kupić sobie ten cały czerwony bar”. Po podłużnej twarzy Jacka spływały kolejne krople potu. Pamiątka po wczorajszej dawce alkoholu i narkotyków. Jego trzęsące ręce raz po raz zwijały stuzłotowy banknot w rulonik i go rozwijały. Oczy skupił w jednym martwym punkcie. Jakby wpatrywał się w coś niewidzialnego. Coś, co może mu uratować życie za dwie i pół godziny. W końcu jego wczorajsza kochanka podchodzi do niego z filiżanką kawy. „Przepraszam Marcinie, to oni kazali mi ciebie spławić, szukasz plecaka, prawda?”. Zaniemówił. Jego całe ciało jakby zastygło z przerażenia. Nie wiedział od czego zacząć. Od tego, że wcale nie nazywa się Marcin? Czy pytania, kim są „oni”? A może lepiej nic nie mówić. Jedno jest pewne, jego przesyłka wpadła w niepowołane ręce, a to, co zrobi za moment może zadecydować o jego życiu lub śmierci…

Jak chcesz by zareagował Jacek:

– Był szczery i powiedział całą prawdę – kliknij tutaj.

– Ukrył swoją tożsamość i udał, że w plecaku nie miał nic ważnego – kliknij tutaj.

– Dał upust swojej złości i zagroził, że zabije kelnerkę jeżeli zaraz nie dostanie plecaka – kliknij tutaj.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s